Czasem wydaje nam się, że już gorzej być nie może.
Czarne chmury zbierają się z każdej strony, wszystko jest nie tak, jak trzeba.
Ja ostatnio doświadczam ciągłego bombardowania ciemnościami. Łzy stały się codziennością.
A jednak, mimo tego czarnego tunelu, w którym niewątpliwie jestem, doświadczam też uczucia spokoju.
Skrajności. Z jednej strony ból i strach, a z drugiej świadomość, że żeby coś zbudować, coś najpierw musi się zawalić. Że po burzy przychodzi słońce.
Dziś żyję bardziej z minuty na minutę niż z dnia na dzień.
Ale właśnie w tych minutach zaczynają pojawiać się przebłyski ufności, że to wszystko ma większy sens. Że dzieje się dla mojego najwyższego dobra.
I nie chodzi o to, żeby zakłamywać rzeczywistość, że jest kolorowo, skoro jest czarno i głucho. Chodzi o to, żeby się w tym wszystkim utulić.
Pozwolić sobie uczyć się chodzić po ciemku, upadać i wstawać.
Być dla siebie z latarką w ręku. A jeśli nie latarką, to choćby zapalniczką.
Dać sobie tyle płomienia i światła, na ile w danej chwili możemy sobie pozwolić.
Ale dać. Sobie. Siebie.
Afirmacja na dziś:
“Nawet w ciemności mogę być dla siebie światłem.”
13/09/2025
Simply Me
🍀 Jeżeli ten wpis Cię poruszył, zajrzyj proszę też na stronę główną bloga:
Niech prowadzi Cię serce.